5 października
przypada liturgiczne wspomnienie wielkiej mistyczki XX wieku - św. s. Faustyny
Kowalskiej. Ten dzień ma szczególny wymiar w parafii jej dzieciństwa i powołania
- w Sanktuarium Urodzin i Chrztu św. Siostry Faustyny w Świnicach Warckich.
Natomiast 4 października przypada wspomnienie jednego z największych świętych
Kościoła - św. Franciszka z Asyżu
Współczesna
cywilizacja skażona sekularyzmem i konsumpcjonizmem czyni wszystko, aby nam
wmówić, że nie warto myśleć o niebie. Zacieśnia ona przestrzeń ludzkiego życia
wyłącznie do doczesności, do obecnego czasu i tego świata. Mówienie o wieczności
wydaje się wielu współczesnym czymś niezrozumiałym. Perspektywa wieczności,
która pobudzała myśli i pomagała ludziom odważnie znosić cierpienia życia,
znikła dziś z pola naszego widzenia. Trzeba więc częściej przypominać
człowiekowi XXI wieku, że jego życie nie ogranicza się jedynie do doczesności.
W perspektywie wieczności przeżywała swoje życie św. s. Faustyna. W jej
Dzienniczku znajdują się liczne wypowiedzi świadczące o tym, że każdą chwilę
życia przeżywała w wymiarze eschatologicznym. Jej myśli biegły zawsze w stronę
nieba. Jej pragnienia dotyczyły wartości trwałych, a te, jak odczuwała, są tylko
w Bogu. Nie przerażały jej trudności i cierpienia, które piętrzyły się na drodze
życia. Jest wiele fragmentów w Dzienniczku mówiących o ogromnej tęsknocie s.
Faustyny za Bogiem. Wszystko, czego doświadczała na ziemi, było tylko "bladym
odbiciem" prawdziwej "pełni życia". Mimo młodego wieku s. Faustyna pragnęła
śmierci. Wiedziała, że tylko ona może uwolnić jej duszę od ciągłej goryczy i
bólu, który przeżywała z powodu rozłąki z Oblubieńcem.
W 1933 r. pojawiły się znaki świadczące o rozwoju choroby, jednak lekarka nie
stwierdziła żadnych zmian w płucach. Na zdjęciu, które zostało zrobione w lutym
1935 r., na twarzy s. Faustyny widać już jednak wyraźne ślady choroby. 19
września 1936 r. lekarz postawił diagnozę: gruźlica. Wtedy znaczyło to tyle, co
dzisiaj nowotwór złośliwy. Dowiedziawszy się o tym, s. Faustyna wstąpiła do
kaplicy szpitalnej, by zdać sprawę swojemu Umiłowanemu. On był przy niej: "Dziecię
moje, jeszcze parę kropel w kielichu, już niedługo" (Dz. 694). Z ufnością
stwierdziła, że "śmierć niczego co dobre nie niszczy" (tamże). Stając wobec
cierpień duchowych, a także fizycznych - nie rozpaczała, lecz ufała w
Miłosierdzie Boże; nie wpadając w stan rezygnacji, z nadzieją oczekiwała
spotkania. Jednoczyła się z cierpiącym na krzyżu Zbawicielem. Patrząc na jej
podążanie drogą Krzyża, odnosi się wrażenie, że ona "nie niosła swego krzyża,
ona z nim tańczyła". Był to mistrzowski taniec. Rok 1938 stanowił apogeum
cierpienia, jednak s. Faustyna nie bała się śmierci. Oczekiwała z tęsknotą na tę
wyjątkową chwilę spotkania z Chrystusem. Pisała: "O mój Boże, jaka mnie dziś
ogarnia tęsknota za Tobą. O, nic już nie zajmuje serca mojego, ziemia nie ma już
nic dla mnie. O Jezu, jak bardzo odczuwam to wygnanie, jak się ono mi przedłuża;
o śmierci, posłańcu Boży, kiedy mi zwiastujesz tę upragnioną chwilę, przez którą
się zjednoczę na wieki z Bogiem moim?" (Dz. 1573).
22 września, czując nadchodzącą śmierć, zgodnie ze zwyczajem przeprosiła całe
zgromadzenie za wszystkie swoje słabości i uchybienia. Wszyscy byli zbudowani
jej pogodą ducha, którą zachowała mimo wielu cierpień. Zapytana przez jedną z
sióstr, czy nie boi się śmierci, odpowiedziała z radością: "Nie, nie boję się
śmierci, oczekuję śmierci". Umierała wyzuta do końca ze swej woli. Żadna z
sióstr nie słyszała słów skargi czy mówienia o sobie - mówiła tylko o Jezusie.
Najczęściej powtarzała: "Już niedługo, już niedługo". 5 października, w ostatnim
dniu swego życia, s. Faustyna powiedziała z promienną twarzą: "Dziś Pan Jezus
mnie zabierze!". Po raz ostatni wyspowiadała się u ks. Andrasza i cichutko
oczekiwała na śmierć. Kwadrans przed godziną 23.00 odeszła do domu Ojca. W
chwili śmierci wzniosła oczy w górę, lekko się uśmiechnęła, a potem skłoniła
głowę. W piękny, cichy, jesienny dzień siostry i wychowanki przeniosły jej ciało
do wspólnego grobowca w Józefowie.
Świadek Miłosierdzia - Jan Paweł II - świadomy, że wielu współczesnych nie
słyszy wołania wieczności, mówił do młodych na Polach Lednickich: "Pragnę Wam
powiedzieć: podnieście głowy i zobaczcie cel Waszej drogi! Jeśli idziecie z
Chrystusem, jeśli prowadzi Was Duch Święty, to nie może być innego celu, jak dom
Ojca, który jest w niebie. Tego celu nie można stracić z oczu. (...). Tu chodzi
o wieczność. Podnieście głowy! Nie lękajcie się patrzeć w wieczność. Tam czeka
Ojciec, który jest miłością. Dla tej miłości warto żyć. Miejcie odwagę żyć dla
miłości. Miejcie odwagę!".
Tę odwagę miała św. s. Faustyna. Chciała kochać Jezusa taką miłością, jaką Go
jeszcze nikt nie kochał - i kochała, aż do ostatniego tchnienia...
Przybądźcie w dniu 5 października do Świnic Warckich - w rodzinne strony s.
Faustyny, aby uczyć się patrzeć bez lęku w wieczność, by ujrzeć cel swego życia
- niebo. Przybądźcie uczyć się od Mistyczki z Głogowca odwagi życia dla miłości.